decyzje

I biorę sobie Ciebie...

sierpnia 06, 2017

Ostatnio zadano mi (powiedziałabym podchwytliwe) pytanie:
czy mogłabyś związać się z osobą wyznającą inną religię, filozofię bądź w ogóle niewierzącą, jeśli wiedziałabyś, że kieruję się on w życiu dobrymi wartościami i jest dobrą osobą? 


O ile szanuję takie osoby, to jednak odpowiadając na  pytanie powiedziałam NIE

Nie byłabym aż tak odważna by tak ryzykować (tu chodzi o małżeństwo!) ze względu na to że już w podobnym związku byłam (kilka lat wyjęte z życia; psychicznie czułam się jak wrak). Drugi argument to to. że mnie zależy na sakramencie a nie na ślubie jako samym ślubie. Moim zdaniem przysięga z takim człowiekiem przed Bogiem byłaby nieważna. Bo o ile z mojej strony byłaby ona świadoma itd. to z jego strony już nie.
Kiedy OBOJE świadomie przed Bogiem w wolności i ufności ślubują sobie miłość, wierność ... itd. to otrzymują łaskę-sakrament który pomaga szczególnie w momentach kiedy w życiu zaczynają się problemy. Ryzyko, że komuś z nas coś się odwidzi/odbije jest, ale już o wiele mniejsze. Nawet badania potwierdzają, że małżeństwa praktykujące codzienną modlitwę i częstą Eucharystię rzadziej się rozwodzą.

Wracając do tej odpowiedzialności. Sprawa jest zbyt poważna by tak ryzykować. Tu nie chodzi tylko o mnie, a o nasze DZIECI, o przyszłe pokolenia. Obojętnie czy rodzone czy adoptowane. To właśnie za nie będę odpowiedzialna i to będzie moja wina jeśli wybrałabym im niewłaściwego człowieka na tatę. One będą ponosić niejako konsekwencje mojego wyboru. To ojciec, głowa rodziny jest autorytetem w kwestii przekazywania wiary, obrazu Boga. Jaki ojciec, taki obraz Boga będą miały dzieci. Sama deklaracja z ust mężczyzny, że jest dobry to za mało. Zresztą taki argument to "dobra" ogólnikowa przykrywka.
Chcę żeby mój mąż był wzorem dla naszych dzieci, w tym sensie żeby to on je i mnie przybliżał do Boga, chciał naszego zbawienia tak jak ja chcę tego samego dla niego. 

Decydując się na związek z osobą niewierzącą,... itd. w którymś momencie życia gdyby zaczęły się problemy mogłabym usłyszeć "no przecież sama tego chciałaś" (w sensie ślubu, życia ze mną itd.). Nie chcę sama uczęszczać na msze, modlić się, mieć relacją z Bogiem itd. Jeśli chciałabym żeby tak się stało to w ogóle nie wychodziłabym za mąż a zdecydowała się na pójście do zakonu lub życie w pojedynkę. Nie chcę żeby Bóg w oczach mojego wybranka był traktowany jak obowiązek, jako moje zainteresowanie, hobby... Chcę żeby Bóg nieustannie łączył mnie i mojego męża, a wychodząc za mąż za mężczyznę niezwiązanego z Kościołem musiałabym się liczyć z tym, że SAMA musiałabym "praktykować" to co wybrałam. 

Do śmierci i do znudzenia będę przytaczać słowa ks. Dziewieckiego:

Miłość to nie naiwność, tolerancja, akceptacja, zakochanie, uczucie, wolny związek, współżycie.
Miłość to DECYZJA zachwytu, TROSKI o czyjeś dobro. Decyzję podejmuje cały człowiek, a nie tylko jego ciało, popędy, emocjonalność.
Miłość jest najpiękniejszą POSTAWĄ człowieka wobec człowieka, to taki mój sposób odnoszenia się do ciebie (w słowach, gestach, zachowaniach), że tobie chce się żyć, nawet w sytuacjach skrajnie trudnych. Mądra, wspierająca, nieodwołalna miłość naśladująca samego Boga w odniesieniu do człowieka.
Miłość dojrzała polega na tym, że mam bogaty repertuar okazywania miłości.
Kto kocha, ten jest cierpliwy.


Zauważyłam, że mężczyźni dzielą się na dwie grupy: na tych którzy są pociągający, zwodzący w których naiwnie i ślepo można się zakochać oraz na tych którzy nadają się na męża i ojca. Ci pierwsi w ogóle się nie nadają na męża i przede wszystkim ojca (nie twierdzę, że to się może nie zmienić!). Za to ci drudzy, to mężczyźni których na początku nie bierzesz na początku w ogóle pod uwagę bo swoje piękne serce ukrywają głęboko, tak jak muszla która pokazuje swoją perłę tylko wybranym.

Dziewczyny uważajcie proszę na ponętnych mężczyzn, którzy niejedną z Was już na pierwszy raz "łapią" swoim wyglądem albo "dobrymi" obietnicami. Ja nie chcę faceta rodem z okładki Vogue'a (oj wiecie o co mi chodzi, nie twierdzę, że katolicy nie są przystojni), chcę mężczyzny który nadaje się na męża i ojca, który nie boi się nikogo innego jak tylko Boga.


Na koniec chciałabym żebyście posłuchali przepięknego kazania ze ślubu Leny i Dawida
(fragment 10:59 - 24:01)




Sama wysłuchałam je kilkakrotnie. Za każdym razem wzruszałam się niezmiernie, bo słowa miały wagę, były "głębokie". Ja, z natury obserwator starałam się "wczytać" w mimikę przybyłych na ślub gości. Na twarzach mieli wypisane zamyślenie, łzy wzruszenia a u niektórych zauważyłam nawet łzy zawodu, bo być może sami nie wybrali właściwie albo życie ułożyło się tak jakby się tego nie spodziewali.
Chciałabym życzyć Wam samych właściwych wyborów, zwłaszcza co do wyboru kandydata na współmałżonka. To będą decyzje wiążące Was i wpływające na całe życie Wasze i Waszych dzieci. Nie podejmujcie ich pod wpływem emocji, a rozważcie je i oddajcie w ręce Maryi.

decyzje

List do Ciebie

grudnia 31, 2016

Droga kobietko/(drogi mężczyzno?)

Masz ... lata. Może byłaś/jesteś/będziesz na życiowym zakręcie*, przysypana natłokiem różnych spraw, przygnieciona swoją niezdecydowaną naturą, mnogością pomysłów i dostępnych opcji. Ufam, że wreszcie uda się podjąć ważną dla Ciebie decyzję. Niezależnie od jej rodzaju. Zatrzymaj się na chwilę i zastanów: 

Co teraz, w tej chwili sprawia Ci największą satysfakcję? 
Czujesz się spełniona kiedy ... . 

Czy na chwilę obecną jesteś szczęśliwa? 

Czym jest dla Ciebie szczęście i co ono obejmuje? 


Pamiętaj!
Jeśli masz jakieś pragnienia/marzenia/plany to nie patrz na innych co powiedzą, nie sugeruj się tzw. "dobrymi radami", nie daj sobie wmówić, że coś jest niemożliwe albo że szkoda na coś czasu... Nie przejmuj się też ewentualnymi upadkami, potknięciami... Spójrz na małe, beztrosko dorastające dzieci. Czymże byłaby nauka chodzenia bez upadków? Nie potyka się ten kto nie chodzi! I nie bój się! Bo wszystko co nowe i wykracza po za Twoje dotychczasowe granice, Twoją strefę komfortu rodzi pewne obawy, najczęściej bezpodstawnie. Strach jest po prostu rekcją obronną przed ewentualnym zagrożeniem. I każdy go doznaje. Odwaga to działanie POMIMO strachu.

Dokąd gonisz? Spokojnie! Działaj swoim własnym tempem a nie tempem społeczeństwa. Bo nawet ślimak choć powolny osiąga wreszcie swój cel. Idź swoją własną ścieżką, a nie tą wydeptaną przez innych, bo każdy z nas jest inny i ma różne potrzeby. Rób to co czujesz i uważasz za słuszne. W najgorszym wypadku sama się sparzysz ale przynajmniej nie będziesz żałowała, że nie próbowałaś... Odpowiedź na własne pytania znasz Ty sama, tylko czasem ktoś musi Ci pomóc je odnaleźć w sobie.

P.S. Aha!
I nie ma czegoś takiego co ogólnie można uznać za "słuszne/właściwe". 
SŁUSZNE będzie tylko to co SAMA postanowisz/zadecydujesz. I nikt nie ma prawa odbierać Ci tej możliwości, nawet rodzice (którzy często odbierają własnym dzieciom zdolność samorealizacji i chętnie by je ustawili po swojemu i według własnych reguł bez względu na to ile mają lat).
Oni często sami nie dorośli do własnych ról i można wyczuć w ich osobach małe, krzyczące, przestraszone dzieci, które nie zdążyły dorosnąć z różnych powodów. My nie możemy odgrywać ich rodziców, to zbyt toksyczne. Owszem, mają dobre intencje ale często nie zauważają, że sami mają problem ze sobą. 
Pamiętaj, dbaj o swoje granice. Uświadom sobie, że powinnaś zawalczyć o siebie i o swoją przyszłość. Nie jest to zdrowe by spełniać życzenia rodziców, bo tak "wypada" czy czegoś "szkoda".
Szczerze mówiąc szkoda to tylko Twojego zdrowia na tłumienie własnych pragnień ze względu na ewentualne "niezadowolenie/rozczarowanie" rodziców. Czy nie czujesz jak rośnie w Tobie ta wewnętrzna frustracja?
Oni kiedyś umrą (Ty też) ale to Ty zostaniesz z pełnymi konsekwencjami swoich wszystkich decyzji, prawdopodobnie zupełnie bezradna, bo nie wyrobiłaś sobie swojego JA. Wszystko co robisz powinnaś robić dla siebie i w zgodzie ze sobą, a nie dla nich. To Twoje życie, więc żyj świadomie!
Przejrzyj tylko fora internetowe. Tam nie brakuje zgorzkniałych osób które żyły pod dyktando swoich rodziców (czy kogokolwiek innego) i ich ambicji. Na stare lata została im tylko gorycz i żal do siebie samego.
Nie zniechęcaj się. Odwagi. Powodzenia! 



Koniecznie przeczytaj:
+ Pismo Święte - Księga Mądrości
+ M. M. Gajdowie - Rozwój. Jak współpracować z łaską?
+ S. Forward, C. Buck - Toksyczni rodzice
+ Anna A Terruwe, Conrad W. Baars:
1.Integracja emocjonalna. Jak uwierzyć, że jesteś kochany i potrafisz kochać?
2.Integracja psychiczna. O nerwicach i ich leczeniu.

Warto obejrzeć (klik)



*Ty sama wiesz o co chodzi, co ten zakręt dla Ciebie odzwierciedla...

Bóg

Cisza wyraża więcej niż słowa...

listopada 15, 2016



Moja ostatnia nieobecność na blogu spowodowana jest pewnymi czynnikami. Studiowanie dwóch kierunków, wolontariat, duszpasterstwo pochłaniają cały mój czas. Od października mieszkam w Krakowie, w bardzo uroczej, spokojnej dzielnicy (oddalonej 18 min. autobusem od centrum). Mieszka mi się tu jak na razie dobrze, gorzej jest z organizacją czasu, bo ciągle mi go brakuje :-)


Ostatni długi weekend spędziłam w Poroninie na rekolekcjach duszpasterskich. Nie były to rekolekcje typu "wspólna praca w grupach" czy "przymusowe" dzielenie się na forum tym co Pan Bóg do nas powiedział. Owszem, był to czas wspomnień i zadumy o 11 listopada 1918 (zorganizowaliśmy patriotyczny wieczorek niepodległości-wytworzył się pradawny klimat któremu towarzyszyła poezja i śpiew), współpracy przy przygotowywaniu posiłków dla naszej prawie 80 os. grupy, czas konferencji wygłaszanych przez naszego duszpasterza, wewnętrznej medytacji nad Słowem Bożym (tak by ono w nas kiełkowało), czas refleksji, czas przemyśleń i odpoczynku od współczesności, od tej codziennej gonitwy. Kolejną zaletą tych rekolekcji było to, że nie wiedzieliśmy co nas czeka, nie znaliśmy jego planu, więc rekolekcje otaczała nuta tajemniczości.

Kiedy przyjechaliśmy do Poronina pogoda była zupełnie jesienna, jednak Bóg wiedział jak dotknąć mojego wrażliwego serca. Zaczął padać śnieg. Tak... w ostatni dzień kiedy już wyjeżdżaliśmy było go całkiem sporo (sam(a) zobacz). Było bardzo uroczo widzieć jak całymi dniami prószył śnieg, a zwłaszcza wieczorem stanąć i wystawić twarz do nieba tak by płatki śniegu przyjemnie otulały swoim chłodem moją zarumienioną twarz. Cieszyłam się jak dziecko (zawsze tak mam!) i dużo uśmiechałam (buzia mnie aż bolała). Zawarłam wiele nowych przyjaźni, towarzyszyło nam wiele wspólnych rozmów czy to podczas mycia naczyń po wspólnych posiłkach, podczas spacerów czy podczas wspólnego milczenia. 

Ostatni wieczór był czasem Agape, wspólnego świętowania i rozpoczęcia tzw. Silentium Sacrum (czyli czasu milczenia 21:00-5:00). Przyznam szczerze, że ciekawe było to doświadczenie obserwować innych jak próbują się komunikować ze sobą na różne sposoby - jedni gestykulując, drudzy pisząc na kartce a jeszcze inni (np. ja!) "pisząc" palcem po śniegu. Następnie podobnie jak Ojcowie Kameduli wstaliśmy o 3:30 by przywitać "pierwsze promyki jutrzenki" [temat tegorocznych rekolekcji] i odnowić przyrzeczenia chrzcielne przy płomieniach rozpalonego na zewnątrz ogniska. Nie było to łatwe bo spaliśmy zaledwie kilka godzin, a niektórzy prawie wcale. Zapyta ktoś po co tak wcześnie? To właśnie był ten element by zrobić coś innego niż dotychczas, jakieś ekstremum, pokonać słabości i własny egoizm. Dojrzeć piękno nocy/dnia, które właściwie przesypiamy. O 5:00 było wspólne śniadanie, potem sprzątanie całego wynajętego domu, a następnie o 8:30 wspólnie wróciliśmy pociągiem do Krakowa. Podróż co prawda była długa (bo ponad 3h!) ale umilały ją nam wspólne pogawędki, wygłupy i wspólna modlitwa. Wróciliśmy umocnieni, radośni i z naładowanymi bateriami pełnych Bożych łask.

Czytam