I biorę sobie Ciebie...

10:51

Ostatnio pewien mężczyzna zadał mi (powiedziałabym podchwytliwe) pytanie:
czy mogłabyś związać się z osobą wyznającą inną religię, filozofię bądź w ogóle niewierzącą, jeśli wiedziałabyś, że kieruję się on w życiu dobrymi wartościami i jest dobrą osobą? 


Odpowiadając na jego pytanie powiedziałam NIE

Nie byłabym aż tak odważna by tak ryzykować, ze względu na to że już w podobnym związku byłam (już raz chciałabym być jak św. Matka Teresa z Kalkuty i źle na tym wyszłam, kilka lat wyjęte z życia). Drugi argument to to. że mnie zależy na sakramencie a nie na ślubie jako samym ślubie. Moim zdaniem przysięga z takim człowiekiem przed Bogiem byłaby nieważna. Bo o ile z mojej strony byłaby ona świadoma itd. to z jego strony już nie.
Kiedy OBOJE świadomie przed Bogiem w wolności i ufności ślubują sobie miłość, wierność ... itd. to otrzymują łaskę-sakrament który pomaga szczególnie w momentach kiedy w życiu zaczynają się problemy. Ryzyko, że komuś z nas coś się odwidzi/odbije jest, ale już o wiele mniejsze. Nawet badania potwierdzają, że małżeństwa praktykujące codzienną modlitwę i częstą Eucharystię rzadziej się rozwodzą.

Wracając do tej odpowiedzialności. Sprawa jest zbyt poważna by tak ryzykować. Tu nie chodzi tylko o mnie, a o nasze DZIECI, o przyszłe pokolenia. Obojętnie czy rodzone czy adoptowane. To właśnie za nie będę odpowiedzialna i to będzie moja wina jeśli wybrałabym im niewłaściwego człowieka na tatę. One będą ponosić niejako konsekwencje mojego wyboru. To ojciec, głowa rodziny jest autorytetem w kwestii przekazywania wiary, obrazu Boga. Jaki ojciec, taki obraz Boga będą miały dzieci. Sama deklaracja z ust mężczyzny, że jest dobry to za mało. Zresztą taki argument to "dobra" ogólnikowa przykrywka.
Chcę żeby mój mąż był wzorem dla naszych dzieci, w tym sensie żeby to on je i mnie przybliżał do Boga, chciał naszego zbawienia tak jak ja chcę tego samego dla niego. 

Decydując się na związek z osobą niewierzącą,... itd. w którymś momencie życia gdyby zaczęły się problemy mogłabym usłyszeć "no przecież sama tego chciałaś" (w sensie ślubu, życia ze mną itd.). Nie chcę sama uczęszczać na msze, modlić się, mieć relacją z Bogiem itd. Jeśli chciałabym żeby tak się stało to w ogóle nie wychodziłabym za mąż a zdecydowała się na pójście do zakonu lub życie w pojedynkę. Nie chcę żeby Bóg w oczach mojego wybranka był traktowany jak obowiązek, jako moje zainteresowanie, hobby... Chcę żeby Bóg nieustannie łączył mnie i mojego męża, a wychodząc za mąż za mężczyznę niezwiązanego z Kościołem musiałabym się liczyć z tym, że SAMA musiałabym "praktykować" to co wybrałam. 

Do śmierci i do znudzenia będę przytaczać słowa ks. Dziewieckiego:

Miłość to nie naiwność, tolerancja, akceptacja, zakochanie, uczucie, wolny związek, współżycie.
Miłość to DECYZJA zachwytu, TROSKI o czyjeś dobro. Decyzję podejmuje cały człowiek, a nie tylko jego ciało, popędy, emocjonalność.
Miłość jest najpiękniejszą POSTAWĄ człowieka wobec człowieka, to taki mój sposób odnoszenia się do ciebie (w słowach, gestach, zachowaniach), że tobie chce się żyć, nawet w sytuacjach skrajnie trudnych. Mądra, wspierająca, nieodwołalna miłość naśladująca samego Boga w odniesieniu do człowieka.
Miłość dojrzała polega na tym, że mam bogaty repertuar okazywania miłości.
Kto kocha, ten jest cierpliwy.


Zauważyłam, że mężczyźni dzielą się na dwie grupy: na tych którzy są pociągający, zwodzący w których naiwnie i ślepo można się zakochać oraz na tych którzy nadają się na męża i ojca. Ci pierwsi w ogóle się nie nadają na męża i przede wszystkim ojca. Za to ci drudzy, to mężczyźni których na początku nie bierzesz na początku w ogóle pod uwagę bo swoje piękne serce ukrywają głęboko, tak jak muszla która pokazuje swoją perłę tylko wybranym.

Dziewczyny uważajcie proszę na ponętnych mężczyzn...


którzy niejedną z Was już na pierwszy raz "łapią" swoim wyglądem albo "dobrymi" obietnicami. Ja nie chcę faceta rodem z okładki Vogue'a (oj wiecie o co mi chodzi, nie twierdzę, że katolicy nie są przystojni), chcę mężczyzny który nadaje się na męża i ojca, który nie boi się nikogo innego jak tylko Boga.


Na koniec chciałabym żebyście posłuchali przepięknego kazania ze ślubu Leny i Dawida
(fragment 10:59 - 24:01)



Sama wysłuchałam je kilkakrotnie. Za każdym razem wzruszałam się niezmiernie, bo słowa miały wagę, były "głębokie". Ja, z natury obserwator starałam się "wczytać" w mimikę przybyłych na ślub gości. Na twarzach mieli wypisane zamyślenie, łzy wzruszenia a u niektórych zauważyłam nawet łzy zawodu, bo być może sami nie wybrali właściwie albo życie ułożyło się tak jakby się tego nie spodziewali.
Chciałabym życzyć Wam samych właściwych wyborów, zwłaszcza co do wyboru kandydata na współmałżonka. To będą decyzje wiążące Was i wpływające na całe życie Wasze i Waszych dzieci. Nie podejmujcie ich pod wpływem emocji, a rozważcie je i oddajcie w ręce Maryi.

You Might Also Like

0 komentarze

A Ty co o tym myślisz? :-)

Czytam

Zapisz się na newsletter